RSS
sobota, 28 kwietnia 2012

 Ciężkie wojskowe buty załomotały o metalową rampę z metalicznym odgłosem. Po chwili kolejne kroki zakłóciły harmonię nocy. Ciężko można było mówić o harmonii jeśli zewsząd dobiegały huki i wystrzały mające śmiertelny skutek dla swoich ofiar jak i ciszy nocy. Ognie pożarów strzelały wysoko w niebo sycząc złowieszczo. Biegnący ludzie uciekali jak tylko człowiek ucieka przed śmiertelnym zagrożeniem. Ścigające ich monstra pozbawione były wszelkich uczuć i dylematów. Kierowane rządzą siania zniszczenia i śmierci były tuż za uciekającymi, depcąc im po piętach. Ostatnia czwórka żołnierzy wbiegła na metalową rampę. Zdesperowani aby osiągnąć swój cel działali jak jedna sprawna maszyna bojowa. Co chwilę, któryś z nich obracał się rażąc ścigających ich przeciwników celnym ogniem. Różnorodność ich uzbrojenia wskazywała, iż zostali zaatakowani znienacka najprawdopodobniej we śnie.  Niektórzy z nich mieli pancerze , inni jedynie wojskowe koszule, niektórzy wyrwani w głebokim śnie nie mieli czasu nic na siebie nałożyć. Jednak łączyło ich jedno. Każdy posiadał w dłoniach broń. Broń będąca w tych czasach czymś najbardziej osobistym. Człowiek bez broni zwykle nie przeżywał pierwszej nocy. Uciekający nie byli tacy sami. Tak jak każdy człowiek. Posiadali to co jest pięknem człowieka - różnorodność. Różnili się od siebie wszystkim. Był wielki murzyn , który mimo potężnej tuszy pędził jako jeden pierwszy z uciekających. Była szczupła i wątła azjatka o małych piersiach, które unosiły się i opadały kiedy zatrzymała się aby zaczerpnąć oddechu. Pomiędzy piersiami o miłych dla oka sutkach wisiał na łańcuszku nieśmiertelnik, dziewczyna obudzona w środku nocy , nie miała czasu nawet ubrać koszuli. Ale miała czas porwać ogromny tasak myśliwski o sczerniałym ostrzu. Biegł również blady rudzielec o potężnej posturze.  Jednak mimo ogromnej sylwetki i karabina snajperskiego na plecach w jego oczach zagościła na dobre panika. Biegł przed siebie i roztrącał innych aby jak najdalej uciec od koszmaru, który szedł za nimi jak cień.  Biegła dziewczyna w sukience w kwiaty. Jej rozpuszczone włosy igrały na wietrze który był pożywieniem pobliskich pożarów. Na sukience widniały plamy zaschniętej krwi, a na włosach osiadł pył i brud. W dłoni ściskała starodawny rewolwer bębenkowy. Biegł czarnowłosy chłopak , dosyć szczupłej budowy. Uciekał nie oglądając się za siebie , skupił się przed sobą. Wiedział że bestie były tuż za nim. Nagle biegnąca przed nim dziewczyna upadła na ziemie. Wiedział że powinien ominąć ją i biec ku ratunkowi. Jednak nie zrobił tak. Zatrzymał się obok i wyciągnął ręke do dziewczyny. Spojrzała w górę. Zobaczył przerażone wielkie oczy. Po brudnym od sadzy policzku płynęła łza. I wtedy juz wiedział że nie mógłby uciec. Mimo takiego świata, w którym należało się pozbyc ludzkich uczuć aby przeżyć nie potrafił tak zrobic. Niepoprawny romantyk powiecie. Może idiota ? Po co mu było zatrzymać się przy niej ? Przecież mógł uciec i uratować swoje życie ? Został. Czemu ? Wiesz czemu 

23:11, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012

- Halo... ?

- A czego znowu ?

- Nie ma nikogo..

- A czemu miałby ktoś być ?

- Widziano ślady kilku osobników w pobliżu strefy B-5. Około szesnastu

-Co.. ? Tak , tak wiem, że tam od dłuższego czasu nic się nie dzieje ale ktoś się ciągle tam pojawia.

-Nie... nie sądzę, żeby mieli złe zamiary..

- Ależ nie, nie lekceważę zagrożenia..o..oczy..oczywiście zajmę się tym zaraz Panie Przewodniczący.

- Nie będzie żadnych problemów... nie będą mieli wyjścia. Tak , oczywiście zrozumiałem.

Frederico Rojas wyłączył komunikator i odwrócił się w stronę pozostałych członków oddziału kręcąc głową:

- Koniec wakacji..

 

 

 

 

 

 

===================================================================

Jeśli pojawia się tu Lifeclock to proszę o kontakt na GG: 37085737

13:27, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 sierpnia 2011
[5]
GODZINA 1130
WYBRZEŻE WYSP POŁUDNIOWYCH
DWA DNI PRZED DNIEM WYJŚCIA

 

Portman i Trent szybko dołączyli do reszty oddziału . Krótko po odnalezieniu tunelu Cherrit wezwała ich przez radio. Nie było wątpliwości, że tunel nie został wykopany przez Indie. Do wykopania tunelu o takiej średnicy i tak gładkich potrzebne byłyby nieistniejące maszyny. Trent wspiął się na klif z niesamowitą szybkością , Portman był tuż za nim. Mimo wszystko , znalezisko ich zaskoczyło również. Rojas nie lubiejący dużych wysokości stał w pewnym oddaleniu od krateru trzymając Lancera w dłoniach. Trent popatrzał chwile na otwór po czym podszedł do Rojasa i usiadł obok na piasku. Mechanik podszedł nad samą krawędź nachylił się mocno próbując przebić wzrokiem zalegającą dno tunela ciemność po czym splunął do środka i rozsiadł się wygodnie spuszczając nogi do kratera. Pani Sierżant zajęta była kontaktowaniem się przez radio z Sztabem dowodzenia, który tymczasowo mieścił sie na okręcie CNV Pomeroy, który znajdował się w odległości jakis 40 km od wybrzeża. 

- Grupa Alpha do Obrońcy , Alpha do Obrońcy. Obrońca zgłoś się...- powtarzała Cherrit trzymając słuchawek przy uchu. Na razie odpowiadały jej jedynie trzaski i zakłócenia na linii. Po chwili szmery ustały i usłyszeli mocny, spokojny głos:

- Tu Obrońca. Słucham Cię Alpho. - po głosie rozpoznali ich bezpośredniego zwierzchnika majora Friedmanna. 

- Majorze Friedmann. Po zbadaniu terenu katastrofy, natknęliśmy się na pionowy tunel do wnętrza planety. Duża średnica i nienaturalna gładkość ścian wyklucza prawdopodobieństwo zrobienia go przez Indie. - wyrzuciła z siebie jednym tchem Cherrit. Jej kompani milczeli w ciszy przysłuchując się rozmowie.

-Tunel ? Hmm... - z drugiej strony zapadła na pewien czas cisza - Słuchajcie Alpho . Zrobimy tak. Za dwadzieścia cztery godziny standardowe przyślemy razem z transportem po was odział techników, który pobierze próbki z tunelu. Waszym zadaniem jest ochrona perymetru tunelu aż do momentu przybycia Inżynierów , później ochrona ich podczas pracy i zabezpieczenie powrotu. - odparł beznamiętnie Major Friedmann.

- Przyjęłam - odparła Cherrit przyciskając słuchawkę od ucha.

- Następny raport zgłoście za 27 godzin, Alpho. Do tej pory cisza w eterze, nigdy nic nie wiadomo co Indie kombinują. Obrońca przerywa połaczenie,over. - głos ucichł a do głośników powróciły szmery i trzaski. Cherrit obróciła się do reszty oddziału. Rojas nadal stał ściskając broń , Trent i Portman rozsiedli się jak na plaży.

- Dobra.. - zaczęła - słyszeliście co powiedział major. Naszym zadaniem jest ochrona tego miejsca do czasu przybycia oddziału ekspertów. - odparła , mimowolnie uderzając się dłonią po udzie.

- Bez sensu . Na jaką cholerę mamy pilnować dziury w ziemi? - rzekł Portman - Czego się obawiamy ? Że przyjdą Indie z taczkami i nam ją zasypią ? - Trent parsknął krótko śmiechem.

-Ty nie jestes od interpretowania rozkazów półgłówku - warknęła Cherrit - Masz je tylko wykonywać. Nic sie nie zastanawiać . Poza tym twój kapuściany łeb nie byłby w stanie tego zrozumieć.

- Po prostu musimy pilnować naszego otworu - rzekł wybuchając śmiechem Trent.

- Żebyś się nie nudził Portman , idź nazbieraj czegoś co mogłoby się palić na ognisko. - odparła Pani Sierżant.

- Trent , idziesz ? - rzekł pytająco w strone ogromnego zawodnika Trashballa Portman.

- Powiedziałam , że sam masz iść . - odparła gniewnie Cherrit.

Trent widząc, że sytuacja robi się napięta szybko odparł mrugając porozumiewawczo do Cherrit:

- Pójdę z nim , bo się chłopak jeszcze zgubi albo go porwą Indie na taczkach- rzekł.

Cherrit machnęła ręką na znak że jej to już wszystko obojętne, ale Rojas widział jakim wzrokiem patrzyła na Portmana i jakim wzrokiem Mechanik patrzył na nią. Wiedział że to się nie skończy dobrze .

środa, 10 sierpnia 2011
[4]

GODZINA ?

WSCHODNIA CZĘŚĆ JACINTO

 

Biegł szybko nie oglądając się za siebie , wymachując karabinem na lewo i prawo . Wspiął się na zwały gruzu zawalające  drogę , którą się poruszał. Osiągnąwszy szczyt wzniesienia pędem zbiegając i zsuwając się ruszył zboczem. Spod butów pryskał gruz i osuwały się drobne kamienie. Biegł , łapczywie oddychając , lecz nie robił przerw , wiedział że przerwa mogła kosztować go życie. Oprawcy byli tuż za nim . Pokonanie wzniesienia umożliwiło kontynuowanie szaleńczej ucieczki po równiejszym gruncie. Co kawałek droge tarasowały wraki samochodów, wozów bojowych , sterty gruzu z zawalonych budynków. Tai Kaliso nie miał czasu na podziwianie okolicy , biegł. We wszystkich mięśniach czuł nadpływające zmęczenie , które powoli acz nieubłaganie zaczynało krępować ruchy. Przeskakując wrak samochodu potknął się  i upadł twarzą w proch i pył ulicy. Szybko poderwał się , zmuszając organizm do kolejnego wysiłku. Niedaleko za nim , na zagruzowanym wzniesieniu załomotały kolejne szybkie kroki . Kaliso skręcił w prawą uliczkę nie oglądając się za siebie , biegł. Zatrzymując sie na moment , po krótkim namyśle wbiegł w otwarte drzwi budynku po jego prawej ręce. Ledwo wszedł rozejrzał się za czymś czym mógłby zatarasować drzwi. Jego prześladowcy mogli być tuż za nim. Zamknął cienki metalowe drzwi , trzymające sie ledwo na zawiasach. Po krótkim poszukiwaniu , podparł drzwi znalezionymi w pokoju obok szczątkami stołu. Tuż za drzwiami może w odległości paru metrów usłyszał chrapliwy oddech i tłumione warczenie . Ani myśląc wybiegł po szczątkach schodów na piętro i na kolejne. Na zagruzowanym dachu rzucił się na brzuch i podczołgał się ostrożnie do krawędzi.

Krótki rzut oka w dół potwierdził jego najczarniejsze obawy.  

22:31, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 lipca 2011

GODZINA 0643

KWATERA SZTABU COG

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA



Kate dotknęła lekko swoją dłonią, spoczywającą na jej ramieniu rękę. Pogłaskała ją czule i obróciła się lekko... Zauważyła, że tuż za nią stał Matt, czule, głaskał ją po ramieniu, dodając jej otuchy. Przysiadł się koło niej, okalając ją czule ramieniem. Kate wiedziała, że zawsze mogła na niego liczyć, w każdej sytuacji. Był jej najlepszym przyjacielem, osobą, której zazdrościli jej wszyscy.

Choć czuła się samotna, zawsze miała go przy sobie, był na każde jej zawołanie... w pełni oddany przyjaźni. Znał ją lepiej, niż wszyscy jej znajomi, wyczuwał najgłębiej ukryte uczucia, najmocniej doskwierające jej problemy. Wówczas wiedział, że czuje się samotna, że doskwiera jej jakiś problem, którego nawet jemu nie chce wyjawić. Przytulił ją do siebie. Milczeli. Kate jeszcze chwile trzęsła się, płacząc i zgrzytając cicho zębami. On całował ją w czubek głowy i głaskał po ramieniu, szeptał cicho do jej ucha słowa otuchy, błagał by się uspokoiła, by przestała wreszcie płakać, by dała sobie odpocząć, odpocząć swoim, wirującym nieustająco w  głowie myślom. Oderwała się lekko od niego, przetarła z policzków, ostatnie już, spływające łzy. Patrząc mu się prosto w jego zielono-niebieskie oczy powiedziała przerażonym głosem: 

- Powoli przestaje wierzyć w to, że mogę być szczęśliwa, odnaleźć szczęście, które sprawi, że będę w końcu sobą, prawdziwą Kate....

Matt, przytulił ją do siebie i odparł: 

-Jesteś tak wyjątkową osobą, wielu ludzi, nie wyobraża sobie bez Ciebie żyć, tak samo, jak i ja... Nie zamartwiaj się, szczęście do Ciebie przyjdzie, prędzej, czy później. Jesteś za dobra dla wszystkich. Sprawiasz, że wszyscy są szczęśliwi wokół Ciebie, natomiast Ty nie potrafisz być. Obiecuję nauczę Cię tego...

- Czego mnie nauczysz? - odrzekła cicho, spłoszonym głosem.

-Tego, że i Ty będziesz szczęśliwa, bo jesteś do tego stworzona.Wynagrodzę Ci to wszystko co robisz dla innych, obiecuje. - odparł. Kate mocno przytuliła się do swojego najlepszego przyjaciela i mruknęła:

- Jak dobrze, że Ciebie mam. A teraz proszę Cię...

-O co? - zapytał pośpiesznie Matt.

- Zabierz mnie do domu. Muszę odpocząć od tego natłoku myśli."

-Dobrze, Kate, chodźmy - odparł, pomagając jej wstać.

 

 

 

 

 

GODZINA 0900

 

WYBRZEŻE WYSP POŁUDNIOWYCH

 

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA



Cherrit wróciła szybciej niż się spodziewali , podeszła i staneła obok Rojasa ,który badał zamek swojego Lancera. Portman spuścił wzrok i udawał , że bez reszty pochłania go wdeptywanie niedopałku papierosa w piasek. Tymczasem Trent przysiadł sobie na skrzyni z amunicją , cicho pogwizdując jakąś melodyjkę.

- Dobra chłopaki , nasz pilot wróci po nas dokłądnie za 24 godziny standardowe. - odparła opierając dłonie na biodrach. - Pora zbadać teren katastrofy. Trent , ty i Portman pójdziecie wzdłuż plaży kilka kilometrów na północ. Natomiast ty , Rojas pójdziesz ze mną. Wdrapiemy sie na ten klif i zobaczymy czy z wysoka czegoś nie zauważymy.

Portman chciał coś powiedzieć ale zagłuszył go swym tubalnym basem Trent:

- Dobrze Mamuśka, dobrze powiedziane . Idziemy na spacerek Portman , bierz manatki,

Mechanik wzruszył ramionami i poszedł za ogromnym zawodnikiem trashballa który entuzjastycznie ruszył truchcikiem przed siebie.

- No nie leć tak agencie , Indie jak będą chcieli to nas sami znajdą - rzekł zdegustowanym tonem Portman. Ich głosy w miare jak sie oddalali coraz bardziej cichły. Rojas tymczasem spojrzał na klif ."Sześć może siedem metrów wspinaczki , bez zabezpieczenia" - pomyślał.

- Myślisz , damy rade ? - Pani Sierżant stanęła obok, patrząc na niego badawczo.

- A mamy jakieś inne wyjscie ? - odparł pytaniem Frederico Rojas.

- Fakt . Dobra koniec gadania , pora sie wspinać  - rzekła Cherrit oglądając swoje dłonie. Po krótkich oględzinach splunęła w piasek pod klif i zaczeła szukać krawędzi , bądź wystających skał na których mogła by zaczepić dłonie . Wspinanie szło bardzo powoli - nie wszystkie skały były w stanie ich utrzymać , musieli szukać szczelin odpowiednio dużych aby można było włożyć w nie ręce. Rojas radził sobie wbrew wszelkim oczekiwaniom dość dobrze , szybko i metodycznie  parł do góry. Cherrit miała mniej szczęscia , wspinaczka nie była jej najmocniejszą stroną , klęła co chwile jeśli drobne kamyczki i pył sypał się jej na twarz . Była tuż tuż szczytu wzniesiena , Rojas przed momentem sie właśnie wdrapał , a ona zacisnęła zęby - nie lubiła przegyrwać. Niecierpliwie zaczęła się śpieszyć w drodze na góre , przestała uważnie badać wystające kamienie . Kiedy już wyciągała ręke aby złapać za wystające , poszczerbione skały na szczycie , skała której trzymała się drugą dłonią pękła i rozpadła się. Cherrit zaklęła i pojechała w dół zbocza. Lecz Rojas czuwał - szybko wychyłił się zza krawędzi i w ostaniej chwili chwycił ją za przegub. Pani Sierżant zatrzymała się z krótkim szarpnięciem. 

- O kurna ... - wyrwało się Cherrit - Wyciągnij mnie Rojas.

Po chwili pojechałą w górę po zboczu i znalazła się na wzgórzu. Rojas z twarzą czerwoną z wysiłku wciągnął ją na szczyt po czym obaj padli na plecy dysząc z wysiłku.

- O kuuuurnaaa - wydyszała Cherrit łapczywie wciągając powietrze do płuc - Dzię .. Dzięki Rojas.

- Nie ma sprawy Pani Sierżant. Pani Sierżant zrobiłaby dla mnie to samo.  - odparł Frederico

- Nie zrobiłabym ... -  odparła . Rojas spojrzał na nią zaskoczony - za cięzki jesteś - powoli na jej twarzy pojawiał się uśmiech - Przecież żartuje Fry - odparła z uśmiechem klepiąc go w ramię  - A poza tym mów do mnie Cherrit , a nie żadna Pani Sierżant.

Rojas się uśmiechnał , po raz pierwszy od dłuższego czasu.

- A widzisz , nie taki brzydki z Ciebie skurczybyk jak sie uśmiechasz Fry - rzekła Cherrit , wstając i otrzepując się z piasku.  - Ale nie na piknik sie tu wybraliśmy... - rzekła i zmartwiała patrząc się na coś odwrócona do niego plecami. Frederico stanął obok . Ich oczom ukazała się ogromna dziura w ziemi o płaskich ścianach , dziura której nie było widac dna ...



 

 

 

 

AUTHORS:    LIFECLOCK & KEY

19:25, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2011

 

GODZINA 1123

ULICE JACINTO

TRZY LATA PO DNIU WYJSCIA

 

 

Panująca wokół cisza, spokój i niesłychana trwoga doprowadzały Kate do szału. Nie wiedziała co począć, o czym myśleć, jak zapanować nad wewnętrznym chaosem. Wyszła z czterech ścian, w których przesiedziała dobre kilka, jak nie kilkanaście godzin. Praca już nie była w stanie ją, aż tak pochłonąć, by przestała myśleć o Tai' u, o tym co się wydarzyło, jak to bardzo koliduje z jej dotychczasowymi myślami i planem, jaki miała zamiar realizować we własnym życiu. Wszystko szlag trafił. Ubrana, w obcisłe spodnie, luźną bluzkę i ciepłą bluzę w ciemnym kolorze, poszła do Jacinto.

Pałętała się, pomiędzy szczątkami domów, kurz unosił się w powietrzu, razem ze spadającym z nieba pyłem. Szła powolnym krokiem, kopiąc co po chwilę jakiś kamień. Nerwowo pstrykała palcami u lewej ręki. Czuła się tak bardzo samotna, nie miała koło siebie nikogo, kto mógłby jej poradzić, co ma dalej robić z własnym życiem, na czym się skupić i do czego dążyć. Zagmatwała się w tych przyziemnych sprawach, sama już nie wiedziała czego pragnie, ani czego od życia tak naprawdę oczekuje. Chciała jedynie móc przytulić się do kogoś i poczuć się bezpieczna, zdana nie tylko na siebie, tylko także na tą drugą osobę. Oddać jej część zmartwień, doznać uczucia wolności, błogiego spokoju u boku drugiej osoby. Szła powolnym krokiem, rozmyślając nad swoim życiem, nie mogła znaleźć żadnej właściwej odpowiedzi na pytania, jakie sobie zadawała, "czy kiedyś będę szczęśliwa?", "czy ktoś mnie pokocha?", "dlaczego to mnie omija szczęście?"... Zasmuciła się, przysiadła nisko na nogach, przyciągając do siebie nogi, poczuła się lżej... Po dłuższym siedzeniu w taki sposób mocno ścierpła.

Poszła więc jeszcze kawałek, mijając opustoszone domy, sklepy,ulice na których rzadkością było spotkać człowieka. Weszła do starego, parku, bardzo obskórnego, gdyż został on niedawno podpalony.  Usiadła na leżącym kamieniu, pomiędzy spalonymi chaszczami traw, konarami drzew. Łzy napłynęły jej do oczu, podkurczyła nogi i przyciągnęła je do siebie, ściskając je mocno, płakała nad swoim własnym losem, czując się tak bezsilną. Nie mogła przecież zatrzymać nieustającego czasu, cofnąć to co się już zdarzyło, musiała to wytrzymać. Zaklnęła głośno. Tylko jak miała to zrobić, czując, że osiągnęła duchowe zero?

Szlochała dość głośno, mamrocząc co chwilę, jakieś błagalne słowa skierowane w stronę niebios, które miałyby przynieść jej wolność, nowe życie, nową szansę... Usłyszała ciężkie kroki, ktoś nadchodził, szybko otarła łzy spadające w zarumienionych policzków rękawem ciepłej bluzy, nie zdążyła się obrócić, kiedy poczuła ciepłą dłoń spoczywającą jej na ramieniu, poczuła ulgę i dziwne uczucie ciepła...

 

 

 

GODZINA 0844

WYBRZEŻE WYSP POŁUDNIOWYCH

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA

 

Królewski Kruk wylądował wzbijając chmurę pyłu pomieszanego z piaskiem. Tuż obok wylądowała druga maszyna bliźniaczo podobna do poprzedniej.  Ledwo maszyna dotknęła ziemi Trent wyskoczył entuzjastycznie lądując na mokrym piasku. Tuż za nim z maszyny wyłonił się Portman obserwując okolice przez celownik swojego lancera. Mechanik również zeskoczył na piasek , lądując w przyklęku i bacznie przygladajac sie otoczeniu. Nie zauważywszy nic podejrzanego ostrożnie podniósł się z przyklęku , opuszczając karabin.  Tymczasem Trent już był przy wraku Kruka czujnie rozglądając się i szukając pilota. Mechanik splunął na piasek i zabrał się za oczyszczanie nogawek swoich spodni.

- Dopiero co kupione spodnie...- westchnął , mamrocząc przekleństwa pod nosem.

- Nie narzekaj Portman. To tylko mała wycieczka, w końcu spodnie to nie życie  - odparła Cherrit , która równocześnie z Rojasem pojawiła sie na rampie Kruka. Mechanik spojrzał na nią złowrogo i pogardliwie splunął ponownie na piasek. Pani Sierżant puszczając to mimo oczu ruszyła brnąc przez piasek za Trentem. Frederico Rojas tymczasem przystanął  przy Mechanikowi wyciągając do niego rękę. Portman skończywszy czyszczenie spodni złapał jego ręke i stanął na równe nogi.

- Taaaak , ciekawe co wymyśli tym razem nasza śliczna Pani Sierżant , co Fry ? - westchnął Mechanik.

- Pewnie jak zwykle , znajdź i zbadaj , wyślij informacje do dowództwa , czekaj na Kruka, klasyka - odparł Rojas , poluzniając sobie pasek ramienny na którym miał zawieszonego Lancera. Ruszyli obaj za Cherrit brnąc po kolana w głebokim piasku. Portman pogrzebał chwile w kieszeniach i wyciągnął paczke papierosów.

- Chcesz troche ,Fry ? - zapytał wyciągając w jego kierunku paczuszke. Odpowiedź Frederico zagłuszone zostało przez wołanie Trenta:

- Halloooooo, Tuuuutaj Znalazłem GO ... - były zawodnik Trashballa machał swoimi ogromnymi łapami na kilku sanitariuszy którzy wysiedli z drugiego Kruka.

- Jak sie będzie darł głośniej to z pewnością Indie nas usłyszą. - wymamrotał Portman chowając wyciągnietego papierosa z powrotem do paczuszki. Dopiero kiedy paczuszka wylądowała bezpiecznie w kieszeni na piersiach pobiegł za Rojasem do wraku Kruka. Pilot zestrzelonego Kruka lezał na rampie. Jego nogi był przywalone skrzyniami z amunicją. Mimo iż wyglądał na nieprzytomnego , na widok przybyszy otworzył oczy i wyszeptał :

-Wody...

Cherrit kucająca przy rannym podniosła głowę na Trenta , który grzebiąc po kieszeniach wyjął jedynie buteleczke bimbru pędzonego w koszarach COG . Trent pokiwał przecząco głową i spojrzał na Mechanika. Portman pogrzebał po kieszeniach i wyciągnął identyczną buteleczkę bimbru uśmiechając się głupkowato.

- Czy wy durnie tylko wódkę macie ?  - zdenerwowana Cherrit zaczęła grzebać po swoich kieszeniach. Wyręczył ją w tym Rojas , który wydobył ze swojego plecaka butelke wody. Pani Sierżant przytknęła butelke do ust rannego który zaczął łapczywie pić krztusząc się lodowatą wodą . W tym momencie do wraku dotarła czwórka sanitariuszy .

- Prosze sie odsunąć , musimy przetransportować rannego na Kruka. - odparł wysoki łysiejący już mężczyzna o zmęczonych oczach. Pozostała trójka sanitariuszy mocowała się ze skrzyniami amunicji które przywalały nogi pilota na wysokosci kolan. Jednak ich waga była dla nich nie do pokonania. Widząc to Trent , podszedł i bez większych problemów podniósł skrzynki i jedną po drugiej zataszczył w pobliże. Ranny został załadowany na nosze  i sanitariusze ponieśli go w strone Królewskiego Kruka. Cherrit podbiegła do kabiny ich Królewskiego Kruka aby ustalić godzine odbioru. Trent , Portman i Rojas rozeszli się po wraku,  badając uszkodzenia i obserwując okolicę.


CDN VERY SOON

 

         AUTHORS:   LIFECLOCK &  KEY



21:51, zaynecarrick
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 lipca 2011

GODZINA 0643

KWATERA SZTABU COG

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA

Podczas panoszącej się wówczas paranoi, stresu, kontrolowania wszystkiego, dowodzenia i przekazywania meldunków, jak i rozkazów, Kate była dziwnie spokojna, jakby odłączyła się od tego, co działo się tam, daleko. Walczyli przecież jej najbliżsi koledzy. Ludzie, których lubiła, przebywała i spędzała większość swojego czasu. Odbierała komunikaty, przekazywała dalej. Działo się to w przykładowy sposób, akcja - reakcja. Nie było miejsca na chwile zawahania, trzeba było się skoordynować, działać,  reagować. Było widać, że w tej młodej kobiecie, płynie stężona adrenalina, która nie chce jej za żadne skarby puścić. Wreszcie, kiedy wydawało się, że sytuacja na miejscu jest opanowana, usłyszała z krótkofalówki :

-Tai Kaliso, został postrzelony. Powtarzam. Tai Kaliso, został postrzelony. -Kate poczuła się dziwnie, wytrącona z równowagi, a także tego spokoju i determinacji, która skłaniała ją do działania.

Zamarła na chwilę, poczuła przeszywające ją na wskroś zimno. Wymamrotała, że przyjęła wiadomość. Wypytała się o wszystko co stało się Tai'owi. Bardzo chciała być przy nim, wiedzieć co się z nim dzieję, nie wiedząc dlaczego, czuła, że bez tego nie będzie mogła dobrze funkcjonować, wiedziała też, że musi wydawać rozkazy, by nic nikomu innemu się nie stało. Starała się skupić, lecz nie była w stanie. Cała dygotała. Ręce trzęsły się. Czuła jak jej zimno, a jednocześnie jak pot, spływa jej po czole. Drżała. Niepokój towarzyszył jej do końca akcji. Tak bardzo chciała wiedzieć co z nim, ale wiedziała, że musi być twarda, nie może sobie pozwolić na błąd, na zniszczenie fundamentu swojego życia, który dotychczas zbudowała.

Mężczyźni, za bardzo zrujnowali jej wcześniej życie, to bez nich, było lepsze, do czasu... Objęła się mocno, ściskając ramiona, zacisnęła mocno zęby, pomyślała : "Musi być dobrze, musi...", trwała tak parę chwil, aż nie poczuła uczucia wyciszenia się. Okłamywała siebie, ściągając los Tai'a na dalszy, mniej ważny plan swojego toku myślenia.

 

 

 

 

GODZINA 0734

MORZE POŁUDNIOWE

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA


Silnik Królewskiego Kruka pracował na wysokich obrotach. Rzężący warkot przebijał się przez huk fal poniżej sztormu na około. Tuż obok z taką samą prędkością leciał bliźniaczy Kruk. Obie maszyny z determinacją kierowały sie na wybrzeże wysp południowych.

- Czerwony Jeden do Bazy , Czerwon Jeden do Bazy, over.  - pilot Kruka rozmawiał przez komunikator ze Sztabem Tymczasowym COG , który znajdował się na okręcie CNV Pomeroy , który znajdował sie jakies 30 km od wybrzeża .

- Tu Baza , słucham cie Czerwony Jeden. - zdenerwowany głos dyspozytorki sztabowej przeciął eter komunikacji.

- Baza, Znajdujemy się w pozycji Echo -2  , jakies pięc kilometrów od miejsca zestrzelenia.

- Przyjełam Czerwony Jeden. - odparła w dalszym ciągu nieuspokojonym głosem dyspozytorka Kate Young. - Meldujcie o wszystkim co napotkacie na swej drodze. - powiedziała po czym dodała ściszonym głosem - ... i sprowadźcie go z powrotem , prosze.

-Zrozumiano Baza, wyłączam sie , over. - odparł pilot kiwają głową ukrytą w hełmie. Z głośnika cicho pykło i rozmowa urwała się .

- Coś nerwowa jest ta nasza porucznik Young - powiedział Terrence Trent , trzymając się uchwytu na suficie. On i pozostali członkiowie drużyny Alpha zostali wysłani aby zbadac miejsce katastrofy

-Widać ten pilot zestrzelonego Raven'a nie był jej obojętny. - odparł Frederico Rojas. stojący obok. Rojas zajęty był własnie inspekcją swojego Lancera. Sprawdzał każde łożysko czy gładko chodzi , każdą śrubke czy jest na swoim miejscu.

- No to sie dziewczyna w ładne gówno wpakowała - mruknęła Cherrit , która leżała na stosie skrzyń. W czapce naciągnietej na oczy żuła wykałaczkę i wyglądała jakby nic ją nie obchodziło.  Po zestrzeleniu Kruka nad wybrzeżem wojsk południowych zaszły małe zmiany w dowództwie. Sierżant Miran Trescu został awansowany i przeniesiony do marynarki. Dowódcą oddziału została Cherrit , twarda dziewczyna która kochała tylko swojego Lancera. Czwartym członkiem oddziału , pełniącym od teraz również obowiązki mechanika został gear Portman . Wysoki blondyn o niebieskich oczach i ironicznym uśmieszku który ciągle pałętał się mu po twarzy. Od razu jak przyszedł do oddziału na cel docinek i zaczepek wybrał Cherrit oraz Rojasa. Z Trenta ogromnego murzyna który wyglądał jak chodzący automat do napojów nikt nie chciał żartować. Mimo nawet iż olbrzym miał bardzo pozytywne nastawienie do życia i nie wyrywał nikomu rąk za drobne obrazy.

- Powiedziała to ta która tez leci na dziewczyny - odparł Mechanik.

- Portman , ja sobie tu wygodnie leże ale chętnie wstane. Widzisz moj prawy but ? - zapytała , wskazując ciężkiego woskowego trapera. - Za chwile będziesz go wyciągac ze swojej dupy.

Trent ryknął zaraźliwym śmiechem , trzęsąc sie cały

- Hah nie sądziłem że on sie tam zmieści , co Portman ? - to mówiąc klepnął go po przyjacielsku w plecy. Uderzenie jednak było silne , przez co Mechanik musiał sie chwycic uchwytu żeby nie upasc. Trent powitał to kolejnym wybuchem śmiechu.

- To sie nazywa mieć ukryte talenty - odparł szczerząc się Rojas. W gruncie rzeczy on polubił Mechanika , który był zupełnie inny sam na sam.

- Ej Fry . Nie musisz bronic naszej pani sierżant , - odparł Portman - też lubie panieniki i chętnie bym sie z nią wybrał na kwaterach na mały podryw. Cherrit cicho zaklęła pod nosem i spusciła czapke na oczy.

- Kto wie, może ona by wyrwała prędzej od Ciebie - rzekł Trent uśmiechając się jowialnie

- Wyrwać może by i prędzej wyrwała, ale i tak z nią nic nie zrobi  - odparł wykrzywiając usta w ironicznym uśmiechu.Cherrit już mocno podenerwowana skoczyła na równe nogi:

- A chcesz sie założyć Blondasku ? Żebys sie nie przeliczył. - odparła mrużąc złowrogo oczy.

- Dajcie spokój założycie sie potem , teraz sprawa z Indie - odparł rozładowując napięcie Rojas.

Portman wzruszył ramionami i usiadł pod ścianą oglądając swojego Lancera. Cherrit skinęła głową do Frederico i już rozluźniona usiadła na swoim dawnym miejscu.

- Zepsułeś zabawę Fry -  rzekł udając urażonego Trent , po czym wyszczerzył zęby.

Frederico chciał odpowiedzieć ale cisze przerwał mu głos pilota z głośników:

- Zespół Alpha , przygotować się. Pozostały czas do miejsca katastrofy : 15 minut...


 

 

 

 

 

 

        AUTHORS : LIFECLOCK & KEY



10:09, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2011

GODZINA 1145

KWATERA SZTABU COG

TRZY DNI PRZED DNIEM WYJSCIA

Kate, coraz częściej spoglądała na srebrny zegarek, za każdym razem modląc się o wymarzoną godzinę skończenia pracy. Czas niemiłosiernie długo się ciągnął, bałaganiarsko, położyła nogi na stół, w wielkich, topornych traperach, przeczesała włosy palcami i zabrała się za pracę. Kolejny raz przekazywała rozkazy, kierując całym sztabem. Był to dla niej bardzo nużący dzień, znajdując czas na krótką przerwę, pomiędzy meldunkami, zdjęła nogi ze stołu, wstała i poszła zrobić kolejną już kawę, która pozwalała jej jakoś funkcjonować. Kate była dzielną kobietą, wydawała się być nadzwyczajnie twardą osobą, ona jedna wiedziała, że to tylko pozory, w jej głowie kotłowały się tysiące myśli, które nie ustawały. Nie spała nocami, analizując każdy dzień w pracy, problemy, z którymi dotychczas dawała sobie radę, odkładając je na potem, kumulowały się, zanikając w jej umyśle potem, wracając z wielką siłą. Wróciła, pośpiesznym krokiem, by tylko odebrać rozkaz i przekazać go dalej. Sączyła kawę, snując swoje pragnienia, chęć spełnienia się we własnym życiu, które teraz było dość monotonne. Miała dużo przyjaciół, zawsze byli jej oddani i wierni, mogła na nich liczyć, oni na nią. To do niej zawsze dzwonią w nocy, prosząc o radę, wiedząc, że ona nigdy ich nie zostawi. Dręczyło ją jedno, dlaczego to ona zawsze pomaga być wszystkim szczęśliwym, natomiast sama sobie nie może tego zapewnić. Ktoś zapukał do drzwi, odłożyła kubek z gorącą, aromatyczną kawą, zakrzyknęła szybko :

- Proszę wejść! - Drzwi otworzyły się i wszedł Tai, jej kolega z pracy.

-Masz tutaj papiery, które będziesz musiała zanalizować i przekazać dalej" - powiedział, podając jej papiery.

- Czy Ty zawsze musisz przychodzić do mnie z taką stertą rzeczy do zrobienia, przez co nie wyjdę stąd do jutra? Zmęczona jestem, coraz to bardziej - zaśmiała się cicho, spoglądając na stojące na biurku, brudne kubki, po kawie. Popatrzyła na Tai'a i przegarnęła grzywkę. Mężczyzna uśmiechnął się i powiedział :

- Zawsze będę do Ciebie przychodził, by Ci umilać czas tymi papierami i oczywiście moim towarzystwem przez tą chwilę. -Kate dała mu kuksańca w bok, tym samym przedrzeźniając go słowami:

- No tak, bez Twoich 5 minutowych odwiedzin, nie dałabym sobie rady - zaśmiała się, sprowadzając wszystko do żartu. Tai, uśmiechnął się szczerze, zamamrotał coś pod nosem na do widzenia i wyszedł z jej gabinetu.

Kate natomiast, zrobiła jeszcze łyk letniej już kawy, przysunęła się na krześle do stołu, po chwili zaczęła czytać pozostawione przez kolegę papiery, skrzętnie wypisując najważniejsze wiadomości na małych karteczkach... 

 

 

GODZINA 0315

WYBRZEŻE WYSP POŁUDNIOWYCH

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA


Rozszalałe fale niczym rozjuszone zwierzęta z hukiem uderzały o skaliste wybrzeże. Drobniutki żwir zalegał miejsca nie wypełnione ogromnymi skałami. Pomiędzy nimi tkwił wrak Królewskiego Kruka. Tai Kaliso leżał na kamieniach czując żwir w ustach , który go dotkliwie ranił , jak i kawałki szkła w skórze . Przywalony ogromnymi skrzyniami z ładunku Tai  leżał i chrapliwie dyszał czekając na rychły koniec . Koniec który słyszał jak nadchodzi po skałach w jego stronę. W głowie kołatała mu sie tylko jedna myśl " że nie zdażył powiedzieć Kate co naprawde czuje ". Po chwili usłyszał warkot silników . Daleko na nabrzeżu pojawiły się światła rozświetlające mroczną noc. "Ludzie " -pomyślał Kaliso. Nie wiedział czy lepiej dostać się w ręce Indie jako jeniec wojenny i szpieg czy zginąć z rąk potworów które zestrzeliły kruka i doprowadziły do śmierci jego przyjaciela.

Światła pojazdów , z pewnością APC już z daleka zaczęły przeczesywać nabrzeże. Tymczasem tuż obok siebie Tai usłyszał ciężkie kroki i chrapliwy oddech. Mimo iż był Gear'em od szesnastego roku życia z przerażeniem na sekundę przymknął oczy i przełknął ślinę. Kiedy je na powrót otworzył zobaczył nad sobą ogromną postać. Blado biała ,gruba skóra , łysa czaszka , oczy o bezlitosnym i śmiercionośnym spojrzeniu spoglądały na niego z łapczywym zaciekawieniem. Krótkie zaciśnięte ostre zęby  nadawały postaci wygląd rodem z najgorszego koszmaru. Tai Kaliso i Nieznany Olbrzym mierzyli się wzrokiem przez dłuższy moment. Olbrzym gestem upazurzonej łapy wstrzymał swoich pomniejszych pobratymców którzy planowali się zbliżyć do Tai'a. Po krótkim momencie krzyżowania spojrzeń, Olbrzym ruszył mijając Kaliso i jego wrak. Towarzyszące mu potwory udały się za nim . Niektóre były mniejsze ściskające karabiny maszynowe. Inne nawet większe od Olbrzyma, niosące w łapskach potężne wyrzutnie rakietowe czy też granatniki. Oddział szybko przeliczony przez Tai'a liczył około sześćdziesiąt osobników. W pewnym momencie przez huk burzy i fal przedarł się warkot wirnika helikoptera. Kaliso przez chwile słuchał ale doszedł do wniosku że to nie Kruk . Nadlatywał helikopter bojowy Indie - Chimera.

Ogromne reflektory oświetliły plażę . Cisza nie trwała długo...

 


 

 

 

 

CDN VERY SOON                          AUTHORS : LIFECLOCK & KEY

22:41, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2011
[2]

GODZINA 0200

WYSPY POŁUDNIOWE

DWA DNI PRZED DNIEM WYJSCIA

 

Zachmurzone niebo nie zwiastowało nic dobrego. Burza pewnie , lub sztorm . Tai Kaliso nie lubił takich zjawisk pogodowych. W końcu latanie na wysokości kilkunastu metrów Królewskim Krukiem w czasie burzy nie było miłym przeżyciem. Pewniej chwycił drążek sterowniczy nieznacznie przechylając go od siebie. Maszyna posłusznie obniżyła lot przez co słychać było nawet huk  fal pod spodem. Tai leciał kilka kilometrów od lądu, nie chciał niepotrzebnie ryzykować lecąc nad pełnym morzem ani nie chciał naruszać przestrzeni  powietrznej Indie. Zawieszenie broni było bardzo kruche i cały czas toczyły się pertraktacje. Kaliso z jednej strony zadowolony był że Wojny Wahadłowe dobiegają końca , a z drugiej strony wiedział że oznaczało to zmiany. Między innymi ograniczenie latania Petrelami , do lotów patrolowych i szkoleniowych. Kaliso w kabinie myśliwca szturmowego czuł się jak ryba w wodzie i w zasadzie nic innego nie potrzebował. Chociaż pilotowanie King Raven'a również należało do przyjemnych pomyślał. O niebo lepsze od walki na linii frontu. Pojedynczy błysk rozświetlił niebo daleko nad oceanem. Chwilę później grzmot sie przetoczył po falach docierając do nich jak lawina która stopniowo nabiera siły.

- Bedzie sztorm , zauważ - odparł drugi pilot Fernando Guerra wskazując odległy koniec oceanu zza owiewki.

-Będzie czy nie będzie , nie mamy na to wpływu - odparł Kaliso wzruszając ramionami. Spojrzał do tyłu czy ładunek w dalszym ciągu jest na swoim miejscu. Oprócz nich cały Królewski Kruk był pusty. Ładownia zajęta była kanistrami z imulsją jak i metalowymi skrzyniami rzekomo z pożywieniem. Przynajmniej tak wynikało z plakietek na wierzchu. Mocne metalowe skrzynie przypięto pasami do ścian ładowni. Piorun uderzył ponownie tym razem już nieco bliżej. Grzmot ponownie bardzo ponuro zabrzmiał przypominajac o sobie .

- Trzeba to szybko załatwić i mieć to z głowy. - westchnął Guerra - Chciałbym dziś zdążyć na rozgrywki thrashballa.

- Powinno sie udać, juz niedaleko do PZ .  - odparł Kaliso - A tak poza tym to dziś gra ktoś ciekawy ?

- Najnowsza gwiazda trashballa  Augustus Cole zwany też "Cole Train" - powiedział Guerra. Widać było że Fernando siedzi w tym po uszy. Trashball był brutalnym sportem ale miał wielu zwolenników. Kaliso uśmiechnął się do swoich myśli, on miał zupełnie inne plany na wieczór. Spotkanie z uroczą kordynatorką  sztabową , blondwłosą Kate Young.  Ale ona musiała poczekać , najpierw trzeba było dostarczyć  ładunek do strefy demarkacyjnej  na wyspie Tollen.

- Dobra , jeszcze dwa kilometry i można podchodzić  - odparł Guerra pochylony nad przyrządami namierzającymi. Tai Kaliso złapał wolant i delikatnie skierował go w prawo. Powoli z nadciągającej mgły unoszącej sie nad wybrzeżem zaczeło się pojawiać skaliste wybrzeże.  Po chwili mgła rozwiała się i widać było twardą nieurodzajną ziemię.

- Tai zobacz na to , coś dziwnego - powiedział podnieconym tonem Guerra wychylony  ze swojego fotela. Kaliso rzucił ukradkowe spojrzenie. Ziemia drżała jakby pod nią gigantyczny kret zamierzał kopać tunele.

- No coś ciekawego , może Indie coś pod ziemią kombinują . Zatoczę krąg i zobaczymy. King Raven posłusznie zakręcił i zaczął kołować. W pewnym momencie drżenia ustały a sekundę później ziemia wystrzeliła na pół sążnia w górę. W miejscu otworu kłebiły się postacie dorównujące ludziom wzrostem , lecz nie byli to ludzie. Gruba biała skóra, brudnawe szare pancerze, łyse czaszki. W tym momencie Kaliso zobaczył że oni również zostali zauważeni. Kilka postaci uniosło karabiny i wkrótce niebo przecieły ostre jak osy pociski. Za późno poderwał maszyne. Seria z karabinu przecieła owiewke i przedziurawiła znajdującego sie torze lotu Fernando Guerre , który opadł na fotel krztusząc się krwią .

- Fern trzymaj się , zaraz bedziemy w szpitalu . Dasz rade - Tai jedną ręką podtrzymywał przyjaciela a drugą kręcił drążkiem. Królewski Kruk leniwie obrócił się wokół własnej osi. W tym samym momencie cichy alarm zaczął rozbrzmiewać w kabinie. Kaliso rzucił okiem. Byli namierzani przez pocisk rakietowy...

 


 

23:17, zaynecarrick
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2011
[1]

ROZDZIAŁ 1

 

JACINTO
DZIEŃ OBECNY,
3 LATA PO DNIU WYJSCIA
 
 
 

Krótka seria z Lancera ostro rozdarła ciszę nocy. Ciszę , która trwała raptem parę minut. Zaraz za serią dołączyły się kolejne wystrzały z przeróznych karabinów , czy to Longshot'y czy to Lancery. Ponure pomruki i wycie Szarańczy sprawiało tło dla koncertu wystrzałów. Zespół Alpha walczył z przeważającymi siłami wroga. I to nie pierwszy raz. Szarańcza zwaną często po prostu Locust pojawiała się w wielu miejscach podróżując zarówno po powierzchni jak i pod powierzchnią ziemi. Frederico Rojas pośpiesznie upadł na kolana , rzucając się za okazałą fontannę . Strzał wymierzony w jego głowę urwał skrzydełko radośnie uśmiechniętemu aniołkowi który był jedną z rzeźb przystrajających fontannę . Rojas poczuł w ustach drobny pył który posypał się z rzeźby. Niewiele myśląc wystawił za osłony ręce z Lancerem i na ślepo posłał serię w miejsce z którego strzelano. A strzelano z wielu miejsc. Ale on nie był sam . Był członkiem zespołu Alpha . Jednym z czterech Gearów. Byli do tego przygotowani , byli do tego szkoleni , byli do tego przeznaczeni. Nie tak jak 3 lata temu pomyślał Rojas. Na ludzi którzy spokojnie sobie pili kawę w restauracjach , śpieszyli się do pracy , odpoczywali , spotykali się ze sobą  uderzyła agresja i bezwzględność najeźdźców . Wyszli spod ziemi i rozpętali piekło. Cywile przyjeli na siebie pełnię ataku Szarańczy. Wojskowi w międzyczasie zajęci byli Wojnami Wahadłowymi i nie mogli nic uczynić . Chociaż atak Szarańczy spowodował że ludzie się zjednoczyli , zostało to jednak okupione wielomilionowymi stratami. Indie w końcu zrozumieli że wspólny wróg jest kimś innym. To nie są ludzie . Horda mimo iż jest rządzona hierarchicznie jest stworzona z potworów. Trutnie , Boomery , Bersekery ... aż sie może w głowie poprzewracać od różnorodności tych śmierdzieli pomyślał Frederico Rojas.

- Rojas na drugą stronę ! - ryknął sierżant Miran Trescu. - Boomer cie namierza !

Frederico instynktownie odturlał się za kamienny postument , rzucił się za kolejny aż dotarł do wysokiej rzeźbionej kolumny. W tym samym momencie fontanna za którą był schowany kilka minut temu rozpadła się w ogłuszającym huku. Małe kawałeczki gruzu uderzyły w nich jak rój rozwścieczonych os tnąc ręce , policzki i odbijając się od zbroji Gearów. Pocisk z granatnika na bliską odległość potrafił dokonać olbrzymich zniszczeń. Frederico spocił się na samą myśl co by było gdyby nie zdążył .Pewnie byłby w dwudziestu miejscach równocześnie. Ogromny potwór powoli zbliżał się do fontanny dzierżać w łapach ogromny granatnik . Jego asystę stanowiła gromada siedmiu może ośmiu Trutni. Potwory nie siliły się na wyrafinowaną taktykę , po prostu parły na przeciwnika bez przestanku .

- Co za skurczybyki - wymamrotał Rojas.

- No nie mów że nie lubisz tych uroczych obrzydliwców  - jowialnie odparł Trent.

- Dosyć tej zabawy ! - odparł sierżant Trescu. - Cherrit , sprzątnij Boomera.

- Sie robi sierżancie - kapral Cherrit  przykucnęła wychylając się zza osłony , wystawiając Longshota. Cherrit jako jedna z niewielu kobiet służyła na lini frontu jako Gear. Była twarda o czym niektórzy zdołali się na własnej skórze przekonać , kiedy zbierali wybite zęby z podłogi. Niestety jak na złość dla pozostałej trójki zespołu Alpha zbroja Gearów dla mężczyzn i kobiet była taka sama i zupełnie nie podkreślała uroków kobiecego ciała . O kamienny postument za którym była schowana Cherrit załomotały strzały Trutni.

- Kurwa ! - zaklęła Cherrit

- Panowie ! Osłona ! - wrzasnął sierżant. We trójke wychylili się zza osłon i zaczeli strzelać. Ostra kanonada zmusiła Trutnie w większości do schowania się zza najbliższe osłony. Jednak nie wszystkie zdążyły , kilka z nich padło z przestrzelonymi czaszkami na zagruzowaną drogę. Boomer natomiast z ostrzał nic sobie nie robił , posiadał niezwykle grubą skórę . Potrzebne było wiele magazynków do zdjęcia tak dużego osobnika. Tymczasem Cherrit w skupieniu spoglądała przez celownik swojego karabinu. Po chwili strzał z Longshota przeciął powietrze i dostał Boomera. Potwór zatrzymał się w pół kroku wypuszczając broń z łap , po chwili opadł na kolana i dalej wzbijając chmurę  pyłu łomotnął o spękaną drogę .

- Hah - zaśmiał się Trent - Ktoś tu zaliczył glebe. Przepięknie ! - odparł uśmiechając się od ucha do ucha .

- No raczej - odparła zadowolona z siebie Cherrit.  Dzień zapowiadał się przyjemnie pomyślał Rojas. Jak zwykle trzeba uratować świat i iść spać . CDN maybe .

 

 


22:52, zaynecarrick
Link Komentarze (1) »